Wednesday, February 6, 2008

Testament więźniów Auschwitz. Nie budźcie bestii ...

Testament więźniów Auschwitz. Nie budźcie bestii ... Jerzy Junosza-Kowalewski - Prezes Oddziału Warszawskiego TONO (Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem), więzień niemieckich obozów koncentracyjnych; inż. Bolesław Staroń - członek Oddziału Warszawskiego TONO, więzień Pawiaka i obozu KL Auschwitz; Bogumił
Testament więźniów Auschwitz. Nie budźcie bestii w człowieku. Raz obudzona nie cofnie się przed niczym...Jerzy Junosza-Kowalewski - Prezes Oddziału Warszawskiego TONO (Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem), więzień niemieckich obozów koncentracyjnych; inż. Bolesław Staroń - członek Oddziału Warszawskiego TONO, więzień Pawiaka i obozu KL Auschwitz; Bogumił Soje (2008-02-03)Rozmowy niedokończonesłuchajzapisz

Tuesday, February 5, 2008

Katyń Ci ludzie mieli rodziny,które miały tylko ich! Masowe groby...smierć tysięcy oficerów! Śmierć milionów Polaków!

Katyń Ci ludzie mieli rodziny,które miały tylko ich! Masowe groby...smierć tysięcy oficerów! Śmierć milionów Polaków!


Ci ludzie mieli rodziny,które miały tylko ich! Masowe groby...smierć tysięcy oficerów! Śmierć milionów Polaków! Tylko dla ambicji, które i tak nie przetrwały!postanowili wymordować bo walczyliśmy do końca!nie tylko Nas-ludzi ale kulturę, język i historię! Przetrwalismy... dzięki takim ludziom jak Ci,którzy lezeli martwi w Katyniu!Do końca walczyli za Polskę za Nas!A sowietów niech szlag trafi!
“KATYN”, the new film by Andrzej Wajda, Poland’s best-known director, should leave you shaken and sleepless. It is worth seeing just for the scene in which the senate of Cracow University is arrested en masse by the Nazi occupiers, as well as for as the almost unbearably realistic execution scenes in which Soviet murder squads kill 22,000 captured officers, and also for the way it portrays the attempts by the communist lie machine in post-war Poland to cover up the truth.

Yet for all its passion and authenticity, the film is disappointingly muddled, and too narrowly focussed on a Polish audience. Popular culture demands a strong and simple story line to make reality convincing to the jaded sensibilities of a modern international audience. Mr Wajda fails that test: he uses too many characters, and too much detail distracts the viewer from the central message. What is really needed is a film with the broad sweep of “Schindler’s List” that will explain the full horror of Soviet dictatorship both during and after the war.

The lack of archival footage is a problem. It is all to easy to see films showing the Nazi concentration camps, while even still pictures of the Gulag are scarce and grainy. That need not be a snag for those with the budgets to stage re-enactments. This is what Mr Wajda has done with “Katyn”. Now a plethora of other stories cry out for the same treatment.

First should be the Kengir uprising of 1954. After Stalin’s death, a huge prison camp in Soviet Kazakhstan revolted and maintained an astonishing six weeks of freedom from May 16th to June 25th. The camp’s inmates—mainly Ukrainians, with a sprinkling of Balts and Russians—outfaced and out-organised the bureaucrats and goons who ran the camp, until in the end they fell victim to a full-scale military assault. Almost unknown in the West until Aleksander Solzhenitsyn’s account in the “Gulag Archipelago” the Kengir rebels deserve to be remembered and honoured for their Masada-like courage, ingenuity and solidarity.

AFP

Andrzej Wajda, director of “Katyn”Second should be the deportations to Siberia from the Baltic states and elsewhere in eastern Europe. “Collect your things!” barks the arresting NKVD officer in the Wajda film to a woman and child whose only “crime” is to be the family of a Polish officer—who by then is already dead in a ditch in a forest near Smolensk. Such hurried packing in the middle of the night, followed by a cattle-truck to Siberia, was the fate of tens of thousands of people across the Soviet-occupied territories of eastern Europe in a few June days in 1941. Those few that returned came home not as heroes but as released criminals, living on the fringes of Soviet society.

Third should be the “Forest brothers” of the Baltic states and western Ukraine, as well as the Polish “Home Army”. They maintained a doomed struggle against the Soviet occupiers in some cases until the late 1950s. The last Estonian partisan, August Sabbe, survived until 1978. Betrayed by traitors in Britain’s MI6 in the late 1940s, their story makes Rambo’s adventures in Indochina seem like Disney-style pap.

Perhaps most gripping of all is the story of Witold Pilecki, a Polish intelligence officer who volunteered to be imprisoned in Auschwitz in order to find out what was happening there. When he escaped and reported to the Allies what he had discovered, they said he was exaggerating. After the war, he was captured by the communist authorities and executed in 1948.

Klania sie Lech Alex Bajan z washington DC, Pozdrawiam Polakow.

The Polish Medieval Project / Polskie Średniowiecze

The Polish Medieval Project / Polskie Średniowiecze

Sunday, February 3, 2008

Z rąk żydowskich i sowieckich "partyzantów" zginęło wówczas około trzystu Polaków.


Z rąk żydowskich i sowieckich "partyzantów" zginęło wówczas około trzystu Polaków.


Niechciane śledztwo?


Z rąk żydowskich i sowieckich "partyzantów" zginęło wówczas około trzystu Polaków.
Nasz Dziennik, 2008-02-03
64. rocznica okrutnego mordu w Koniuchach 29 stycznia br. minęła kolejna rocznica mordu dokonanego na mieszkańcach Koniuchów, niedużej polskiej wsi na Wileńszczyźnie (dziś na Litwie), położonej w pobliżu Puszczy Rudnickiej. Według sprawców, z rąk żydowskich i sowieckich "partyzantów" zginęło wówczas około trzystu Polaków. Celem akcji była całkowita zagłada wsi. Nikt nie miał pozostać żywy. W lutym 2001 r. Kongres Pol onii Kanadyjskiej (KPK) zwrócił się do Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) o podjęcie śledztwa w sprawie okrutnego mordu w Koniuchach. Przedstawiono jednocześnie bogatą dokumentację z wieloma opisami masakry sporządzonymi przez samych sprawców. Po zapoznaniu się z doniesieniem złożonym przez przedstawicieli KPK w marcu 2001 r. Okręgowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi wszczęła śledztwo. Śledztwo Z pierwszego komunikatu IPN dotyczącego śledztwa, opublikowanego 1 marca 2002 r., wynika, że: "Wieś Koniuchy położona była na skraju Puszczy Rudnickiej, w której swoje bazy posiadały liczne oddziały partyzantów sowieckich. Członkowie tych oddziałów dokonywali częstych napadów na okoliczne wsie i kolonie, w tym i na Koniuchy. Celem napadów był zabór mienia miejscowej ludności, głównie ubrań, butów, bydła, zapasów mąki. W czasie napadów stosowano przemoc wobec właścicieli rabowanego mienia. Mieszkańcy Koniuch zorganizowali samoobronę. Miejscowi chłopi pilnowali wsi, uniemożliwiając tym samym dalsze grabieże. Z tego powodu w nocy z 28 na 29 stycznia 1944 r. grupa partyzantów sowieckich z Puszczy Rudnickiej nocą okrążyła wieś. Nad ranem przy użyciu pocisków zapalających niszczono zabudowania wiejskie i rozstrzeliwano wybiegających z niej mieszkańców - mężczyzn, kobiety i dzieci. Łącznie spłonęła większość domów. Zabito od 36 do 50-ciu osób, część mieszkańców została ranna. Ci, którzy ocaleli, uciekli do pobliskich wsi. Stacjonujący w Puszczy Rudnickiej partyzanci sowieccy podlegali Centralnemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego w Moskwie. Napadu dokonała grupa ok. 100-120-tu partyzantów pochodzących z różnych oddziałów. Wśród nich była m.in. około 50-osobowa grupa partyzantów żydowskich [z Brygady Litewskiej]. (...) najliczniejszą grupę stanowili partyzanci narodowości żydowskiej. Oddziały te potocznie nazywano Wisińczą (od usytuowania ich baz pomiędzy wsią Wisińcza, a jeziorem Kiernowo). (...) wieś podpalono z obu stron, a potem strzelano do uciekających ludzi. Atak nastąpił po dłuższej obserwacji, kiedy samoobrona zeszła ze swych stanowisk. Mieszkańcy Koniuch opowiadając o sprawcach napadu używali zamiennie określeń Żydzi i 'Ruscy'. Z zeznań świadków wynika, iż część ofiar, zwłaszcza osoby stare i schorowane, zginęła spalona we własnych domach. Natomiast do części mieszkańców, którzy starali się uciekać, strzelano. W taki sposób zginęły osoby z rodziny P[ilżysów]. Zwłoki małżonków Stanisława i Katarzyny P. odnaleziono zwęglone w domu. Ciało ich córki Genowefy P. ze śladami kul i przypalonymi stopami leżało na podwórzu. Do akt załączono uwierzytelnioną kopię tajnego meldunku sytuacyjnego, sporządzonego przez Oddział Operacyjny dowódcy Wehrmachtu-Ostland w dniu 5.02.1944 r. w Rydze. Z treści meldunku wynika, iż w Koniuchach pojawiła się 'średniej wielkości banda Żydów i Rosjan' (...) 'zastrzelono 36 mieszkańców, 14 rannych. Miejscowość w przeważającej części została obrócona w perzynę (...)'". We wrześniu 2002 r. podano: "Ustalane są adresy kolejnych świadków, których bliscy zginęli w Koniuchach. Do Kanady, na Litwę i Białoruś skierowano wnioski o przesłuchanie w drodze pomocy prawnej świadków oraz odnalezienie dokumentacji archiwalnej związanej z przedmiotową sprawą". Natomiast 5 maja 2003 r. Anna Gałkiewicz, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi, oznajmiła: "Opisane zbrodnie w Nalibokach [kolejny mord na 128 Polakach dokonany przez partyzantkę sowiecko-żydowską 8 maja 1943 r. - przyp. red.] i Koniuchach zakwalifikowano jako zbrodnie komunistyczne, będące jednocześnie zbrodniami przeciwko ludzkości, których karalność nie ulega przedawnieniu". W sprawie dochodzeń odezwał się 5 sierpnia 2003 r. Robert Janicki, prokurator Głównej KŚZpNP: "Zebrane dowody dotyczące niniejszej sprawy pozwalają do tej pory odtworzyć zajścia, jakie miały miejsce 29 stycznia 1944 r. w Koniuchach. Ustalono okoliczności działalności oddziałów partyzanckich podległych Centralnemu Sztabowi Ruchu Partyzanckiego w Moskwie. Obecnie ustala się rolę dowodców oraz członków poszczególnych oddziałów partyzanckich, których nazwiska i pseudonimy zostały podane przez świadków. Dane personalne tych osób ustalono w ramach czynności przez międzynarodową pomoc prawną. Zestawione listy sowieckich partyzantów pozwalają podjąć działalność mającą na celu ustalenie, którzy z tych ludzi wciąż żyją i gdzie zamieszkują. Zastosowano pewne kroki, aby zestawić listę ofiar. Jednak lista ta jest wciąż niepełna i dalsze czynności bedą przedsięwzięte, aby ją uzupełnić. Po uzyskaniu materiału kanałami międzynarodowej pomocy prawnej i po wyczerpaniu środków dowodowych dostępnych w Polsce podejmie się decyzję dotyczącą dalszego postępowania. W obecnej chwili nie można ustalić daty zamknięcia śledztwa". 9 sierpnia 2005 r. Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w Łodzi podała do wiadomości: "W toku śledztwa przesłuchano już świadków mieszkających w kraju, zakończono również poszukiwania dokumentów w polskich archiwach. Zwrócono się z odezwami o zagraniczną pomoc prawną do organów ścigania Republiki Białoruś, dwukrotnie do Republiki Litewskiej, do Federacji Rosyjskiej. Uzyskano obszerny materiał dowodowy w postaci zeznań mieszkańców Koniuch, naocznych świadków zbrodni i dokumentów archiwalnych (meldunki policji litewskiej, szyfrogramy partyzantów sowieckich, kopie akt osobowych partyzantów sowieckich, w których to aktach są adnotacje, że uczestniczyli oni w atakach, kopie dzienników bojowych sowieckich oddziałów partyzanckich). Ostatnio skierowano odezwę o pomoc prawną do organów ścigania Izraela". W następnym komunikacie z 15 maja 2006 r. podano: "W toku śledztwa przesłuchano już świadków mieszkających w kraju, zakończono również poszukiwania dokumentów w polskich archiwach. Zwrócono się z odezwami o zagraniczną pomoc prawną do organów ścigania Republiki Białoruś, dwukrotnie do Republiki Litewskiej, do Federacji Rosyjskiej. Uzyskano obszerny materiał dowodowy w postaci zeznań mieszkańców Koniuch, naocznych świadków zbrodni i dokumentów archiwalnych (meldunki policji litewskiej, szyfrogramy partyzantów sowieckich, kopie akt osobowych partyzantów sowieckich, w których to aktach są adnotacje, że uczestniczyli oni w atakach, kopie dzienników bojowych sowieckich oddziałów partyzanckich). Aktualnie oczekuje się na realizację wniosku o pomoc prawną skierowanego do organów ścigania Izraela". Ostatni komunikat pochodzi z grudnia 2007 r.: "W toku śledztwa przesłuchano już świadków mieszkających w kraju, zakończono również poszukiwania dokumentów w polskich archiwach. Zwrócono się z odezwami o zagraniczną pomoc prawną do organów ścigania Republiki Białoruś i Kanady; do Republiki Litewskiej; do Federacji Rosyjskiej oraz do Izraela. Na wszystkie wnioski o zagraniczną pomoc prawną uzyskano odpowiedzi. Najobszerniejszy materiał dowodowy uzyskano z Republiki Litewskiej. Są to zeznania mieszkańców Koniuch, naocznych świadków zbrodni. Znacząca część uzyskanych dokumentów to materiały archiwalne. Są to meldunki policji litewskiej, szyfrogramy partyzantów sowieckich, kopie akt osobowych partyzantów sowieckich, w których to aktach są adnotacje, że uczestniczyli oni w ataku, kopie dzienników bojowych sowieckich oddziałów partyzanckich". Mimo upływu siedmiu lat od czasu, kiedy KPK skierował tę sprawę do IPN, śledztwo wciąż jest w toku i nie wiadomo, kiedy zostanie w ogóle zakończone. W sumie prokuratorzy niewiele istotnego ustalili, co nie byłoby już poprzednio znane. IPN nie opublikował żadnych dokumentów lub opracowań historyków na temat mordu w Koniuchach. Przypominam, że niezwykle intensywne śledztwo w sprawie mordu w Jedwabnem przeprowadzono w ciągu półtora roku, a już w 2002 r. wydana została ogromna dwutomowa "biała księga", licząca ponad 1500 stron i zawierająca podstawowe dokumenty oraz analizy historyczne, socjologiczne i prawne. Kolejne świadectwa Tymczasem KPK trafił na kolejne świadectwa na temat pacyfikacji wsi Koniuchy, które nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do faktu zbrodni i kto w niej uczestniczył, mimo że zawierają one sporo nieprawdziwych danych w celu usprawiedliwienia dokonanego ludobójstwa i przerzucenia winy na ciągle napadaną ludność cywilną. O przebiegu tej partyzanckiej "akcji" najchętniej pisali sami sprawcy. Już w 1944 r. Ilia Ehrenburg i Wasilij Grossman zbierali relacje, w których doniesiono, że żydowskie oddziały partyzanckie "Mściciel" i "Ku zwycięstwu" podjęły "serię akcji militarnych" w okolicach Puszczy Rudnickiej. Przyczyniły się do "zniszczenia niemieckiego garnizonu w mocno ufortyfikowanym miasteczku Koniuchy", mimo że żadnego garnizonu niemieckiego w Koniuchach nigdy nie było. W pamiętniku wydanym w Moskwie w 1948 r. Meir Jelin i Dmitrij Gelpern, członkowie tzw. Brygady Kowieńskiej (złożonej z uciekinierów z getta kowieńskiego), również opisali masakrę w Koniuchach jako wybitny bój militarny skierowany przeciwko Niemcom: "Otrzymawszy posiłki z kowieńskiego getta, zgrupowanie 'Śmierć okupantom' miało możliwość uczestniczyć w dużej akcji wraz z innymi zgrupowaniami z Puszczy Rudnickiej. W wiosce Koniuchy, jakieś 30 kilometrów od bazy partyzanckiej, usadowił się niemiecki garnizon. Faszyści ścigali partyzantów; zastawiali na nich zasadzki na drogach. Kilka zgrupowań partyzanckich, a w tym 'Śmierć okupantom' otrzymało więc rozkaz zniszczenia tej placówki bandytów. Na początku rozkazano Niemcom wstrzymać ich działalność i oddać broń. Gdy odmówili, ludowi mściciele zdecydowali się działać według prawa: 'Jeśli wróg się nie podda, wroga trzeba wyeliminować'. Opuściwszy bazę wieczorem i przeprawiwszy się przez bagna i lasy, partyzanci doszli do skraju tej wioski nad ranem. Czerwona rakieta stanowiła sygnał do ataku. Dwudziestu partyzantów z grupy 'Śmierć okupantom', pod dowództwem Michaiła Truszyna, wkroczyło do wioski. Niemcy zajmowali kilka domów i otworzyli ogień kulami dum-dum ze swych pistoletów maszynowych i karabinów maszynowych. Trzeba było szturmować każdy dom. Zastosowano kule zapalające, granaty ręczne oraz race świetlne, aby eksterminować Niemców. Kowieńscy partyzanci Dowid (Dawid) Teper, Jankł (Jankiel) Ratner, Pejsach Folbe, Lejzor Zodikow i inni zaatakowali wroga, nie zważając na ostrzał. Silny Lejb Zajac zaatakował jeden z budynków, a zużywszy całą amunicję, wyrwał karabin z rąk Niemca i zaczął bić wroga kolbą od karabinu, aż kolba pękła". Rachela Margolis, członkini oddziału "Ku zwycięstwu" pod dowództwem Shmuela Kaplinsky'ego, w pamiętniku wydanym w 2005 r., także powiela informacje o nieistniejącym garnizonie niemieckim: "Pewnego dnia dużą liczbę partyzantów skierowano do garnizonu w Koniuchach, gdzie stacjonowali Niemcy. Walka trwała długo i byli ranni, ale nasi chłopcy wrócili jako zwycięzcy. Niemcy porzucili garnizon". Rużka Korczak, członkini tzw. Brygady Litewskiej, w której skład wchodzili uciekinierzy z getta wileńskiego, przedstawiła zbrodnię w nieco odmiennym, ale równie nieprawdziwym świetle - jako pacyfikację ludności kolaborującej z Niemcami: "W sztabie brygady zastanawiano się nad tym, jakich środków użyć w ramach rewanżu. Było oczywiste, że jeśli nie zostaną przedsięwzięte zdecydowane działania, większość wsi może odmówić posłuszeństwa, i jeśli nie będzie reakcji na przypadki mordów na partyzantach, wszystkie ich działania mogą być zagrożone i zostanie zachwiany prestiż brygady. Ze swoich zorganizowanych wystąpień przeciw partyzantom znana była wieś litewska Koniuchy. Jej mieszkańcy aktywnie współpracowali z Niemcami i Litwinami Plechavi˘ciusa. Zdobyczną broń rozdzielali oni pomiędzy okolicznych chłopów, organizowali ich. Sama wieś była duża i dobrze ufortyfikowana: partyzanci wystrzegali się podchodzenia pod tę wieś. Mieszkańcy Koniuchów organizowali zasadzki; pochwycili dwóch partyzantów z oddziałów litewskich, których zamęczyli. Sztab brygady zdecydował się przeprowadzić przeciwko wsi wielką ekspedycję karną. Dowódca jednego z litewskich oddziałów przeniknął do wsi Koniuchy, pod pozorem jakoby był oficerem wojsk Plechavi˘ciusa, który pojawił się w celu zorganizowania służby wartowniczej. Będąc Litwinem i wojskowym, nie wzbudził podejrzeń. Zbadał wszystkie posterunki i słabe punkty obrony. Na podstawie jego meldunku (raportu) sztab brygady przygotował operację. Uczestniczyły w niej grupy bojowników (żołnierzy) ze wszystkich leśnych oddziałów partyzanckich, ogółem biorąc około pięćdziesięciu ludzi, w tej liczbie około czterdziestu bojowników żydowskich. Na dowódcę operacji wyznaczono oficera radzieckiego z oddziału Szilasa. Dowódcą wojów żydowskich był Jakow Prener. Część grupy partyzantów okrążyła wieś i weszła do niej. Inni, wśród których byli i partyzanci żydowscy, pozostali poza wsią w zasadzce, aby przeszkodzić nadejściu wsparcia ze strony niemieckiego garnizonu. Jako miejsce zasadzki wybrano wiejski cmentarz. Partyzanci, którzy wtargnęli do wsi, posuwali się [do przodu] z trzech kierunków. Zgodnie z planem, centralna grupa szturmowa powinna przebić się, ostrzeliwując się, do przodu, a uderzający z flanki (oddziały oskrzydlające) mieli podpalić wieś. Jednakże, kiedy lewa flanka dopiero co przybliżała się, Litwini już otworzyli ogień. Rozpoczęto walkę wręcz. Wielu Litwinom udało wymknąć się ze wsi. Rzucili się do ucieczki w kierunku garnizonu niemieckiego. Wpadli w zasadzkę; zostali wybici, tylko niektórzy się uratowali. Widząc, że próba wzięcia wsi Koniuchy znienacka nie udała się, oficer dowodzący operacją wysłał łącznikowych z rozkazem zdjęcia zasadzki i przerzucenia ludzi na odsiecz walczącym. Dwaj sygnałowi z oddziałów litewskich nie zdołali przedostać się, i wtedy dowódca wysłał trzeciego - Pola Bagrianskiego, który służył jako łącznik między punktem dowodzenia a zasadzką. Bagrianskij przebił się i dostarczył rozkaz. Żydowscy partyzanci opuścili miejsce zasadzki i poszli do boju. Po zaciętej potyczce (starciu) opór mieszkańców wsi został złamany. Partyzanci palili dom za domem; od ich kul zginęło wielu wieśniaków, kobiet i dzieci. Tylko nieliczni uratowali się. Wieś została starta z oblicza ziemi". W swym opisie Isaac Kowalski, członek żydowski Brygady Litewskiej, wprowadził nowe akcenty: "Koniuchy to nazwa dużej wsi oddalonej jakieś 30 kilometrów od Wilna i 10 kilometrów od terenów naszej bazy partyzanckiej. Niemcy przekonali spryciarzy tej wioski, że jeśli bedą się ich słuchali, to zapewni im się bezpieczeństwo, bogactwo i spokój; że w ten sposób przeżyją całą wojnę. Jedynie mieli w zamian informować Niemców o działalności partyzantów w tym rejonie. Wieśniacy robili, co tylko mogli, aby wysługiwać się nowym okupantom. Kiedy tylko partyzanci przechodzili nieopodal w grupach pięcio- czy dziesięcioosobowych, po drodze na ważne i niebezpieczne akcje, napotykali się na snajperów i zawsze ponosili straty. Poszczególni dowódcy zdecydowali wtedy, że ich ludzie powinni przechodzić nieopodal tej wsi w grupach nie mniejszych niż 40 czy 50 osób. A gdyby natknęli się na snajperów, należy ich ścigać i niszczyć. W tym czasie reszta zgrupowania miała ubezpieczać od strony wsi. Przez pewien czas właśnie tak było. Ale potem Niemcy dostarczyli wieśniakom karabiny ręczne i maszynowe. Utworzono stałą straż, której zadaniem było strzec wioskę dzień i noc. Sprawy miały się tak źle, że nawet większe grupy partyzanckie nie mogły bezpiecznie przechodzić przez tę wieś po drodze na ważne akcje, czy też przechodzić obok niej w drodze na koleje, drogi, etc. Zawsze ponosiliśmy straty. Sztab brygady zdecydował się usunąć raka, który wyrósł na ciale partyzanckim. Komandir naszej bazy dał rozkaz, aby wszyscy zdolni do noszenia broni mężczyźni przygotowali się do wyruszenia na akcję w ciągu godziny. Przyszedł rozkaz, aby wszyscy mężczyźni, bez wyjątku, a w tym i doktor, radiotelegrafiści, oraz pracownicy sztabowi i ludzie tacy jak ja, którzy pracowali w wydziale propagandy i druku, przygotowali się na akcję. O umówionej godzinie wszyscy byliśmy gotowi i w pełnym uzbrojeniu wyruszyliśmy na miejsce akcji. Gdy zbliżyliśmy się do naszego celu, zauważyłem, że partyzanci nadciągają ze wszystkich stron z rozmaitych oddziałów. (...) Nasz oddział otrzymał rozkaz, aby zniszczyć wszystko, co się rusza, i zamienić wieś w popioły. Dokładnie o ustalonej godzinie i minucie wszyscy partyzanci z czterech stron wsi otworzyli ogień z karabinów ręcznych i maszynowych, strzelając kulami zapalającymi w zabudowania wioski. Tym sposobem dachy gospodarstw zaczęły się palić. Wieśniacy i mały garnizonowy oddział niemiecki odpowiedział ciężkim ogniem, ale po dwóch godzinach wioska wraz z pozycjami ufortyfikowanymi została zniszczona. Myśmy mieli zaledwie dwóch lekko rannych. Gdy później przemaszerowaliśmy przez Koniuchy, nigdy nie powitał nas już wystrzał snajpera, bowiem był to jak gdyby przemarsz przez cmentarz". Podobnie postąpił Chaim Lazar, także członek żydowskiej Brygady Litewskiej: "Od pewnego czasu wiedziano, że wieś Koniuchy jest gniazdem band i centrum antypartyzanckich intryg. Jej mieszkańcy znani z niegodziwości organizowali okoliczną ludność, rozprowadzając broń uzyskaną od Niemców i prowadząc akcję przeciw partyzantom. Wieś była dobrze ufortyfikowana, każdy dom miał pozycję strategiczną i okopany był rowami obronnymi. Po obu stronach wsi były wieżyczki obserwacyjne. Właśnie to miejsce wybrano, aby przeprowadzić akcję zastraszającą i zemsty. Sztab Brygady zdecydował zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym. Pewnego wieczoru 120 najlepszych partyzantów ze wszystkich obozów, uzbrojonych w najlepszą broń, wyruszyło w stronę tej wsi. Między nimi było około 50 Żydów pod dowództwem Jaakowa (Jakuba) Prennera. O północy dotarli w okolicę wioski i zajęli pozycje wyjściowe. Rozkazano nie zostawić przy życiu nikogo, łącznie z żywym inwentarzem, a zabudowania spalić. (...) Zaraz po północy we wsi redukowano liczbę wart, ponieważ sądzono, że partyzanci nie zaatakują tak późno - nie zdążyliby wrócić do lasu przed świtem. Nie wyobrażano sobie, że partyzanci mogliby wrócić do lasu za dnia jako zwycięzcy. Sygnał dano tuż przed wschodem słońca. W ciągu kilku minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej strony była rzeka, a jedyny most był w rękach partyzantów. Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie. Słychać było huk eksplozji z wielu domów, gdy składy broni wyleciały w powietrze. Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać. Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki, aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt". Natomiast Abraham Zeleznikow, kolejny członek żydowskiej Brygady Litewskiej, twierdzi, że w Koniuchach napadali na partyzantów sowieckich polscy partyzanci, chociaż żadnej bazy AK tam nie miała: "Była taka polska wieś [składająca się] z około 400 ludzi. Nazywała się Koniuchy, i leżała nam po drodze, kiedy wychodziliśmy z lasu. Gdyby trzeba było ją okrążać, musielibyśmy nadłożyć 20 mil. (...) Gdyby maszerować dodatkowo 20 kilometrów, zajęłoby to conajmniej dwie godziny albo więcej, i fizycznie byłoby bardzo ciężko. Kiedy poszliśmy do tej wsi, sporo razy zdarzyło się, że zaatakowali nas polscy partyzanci, którzy mieli poparcie ludności wsi. Tak więc dostaliśmy [rozkaz] z Moskwy, aby zniweczyć tę wioskę, całą wioskę. Wszystkich mieliśmy wybić. Zabroniono nam zabierać czegokolwiek z wioski. Partyzanci okrążyli wioskę, wszystko podpalono, każde zwierzę, każdego człowieka zabito. A jeden z moich kolegów, znajomych, partyzant, wziął kobietę, położył jej głowę na kamień, i zabił ją kamieniem. Kiedy go się zapytałem, jak to mogłeś zrobić, powiedział, że tak zrobiono z jego matką. Jednak, jak widzisz, taka była atmosfera, w której się żyło". Joseph Harmatz, uciekinier z getta wileńskiego, podaje, że przypadków "zemsty" ze strony partyzantów (która stanowi lejtmotyw wielu relacji) - skierowanej przeciwko niewinnym mieszkańcom Koniuchów było znacznie więcej, niż opisuje Zeleznikow: "W pobliskiej wsi Koniuchy, gdzie miejscowi kolaborowali z Niemcami, ci nowi wciągnięci partyzanci, wściekli z powodu tego, co widzieli w Ponarach, spalili wszystkie domy i wybili wszystkich mieszkańców do nogi, krzycząc, kiedy strzelali do nich: 'To za matkę, a to za ojca, a to za siostrę', i tak dalej". Paul Bagriansky, uciekinier z getta kowieńskiego, opisuje wydarzenia bardziej plastycznie niż Zeleznikow lub Harmatz: "Kiedy w kwietniu [sic!] 1944 powiedziano naszym partyzantom, że damy nauczkę wsi nazwanej Koniuchy, nie byłem zaskoczony. (...) Nasz oddział żydowski [składający się] z 25 mężczyzn poddano komendzie Jacoba Prenera. Inne oddziały mieszane narodowo postawiły kolejnych 125 partyzantów. Razem oddział liczył 150 mężczyzn, dobrze uzbrojonych, co stanowiło dla nas pokaźną siłę. (...) Zanim wyruszyliśmy, dowódca powiedział nam krótko po rosyjsku, jakie były zadania. Wiele wiosek w promieniu około 20 kilometrów od Koniuchów postanowiło sprowadzać na noc krowy i świnie do wsi Koniuchy. Koniuchy były dobrze uzbrojone przez Niemców i żołnierzy Armii Krajowej. Kiedy partyzanci zachodzili do pobliskich wsi po jedzenie, było tam pusto. Bardzo często Niemcy przybywali w Koniuchach przez noc, aby bronić wioski. Z tego powodu, mówił nam komendant, damy nauczkę Koniuchom. Maszerowaliśmy od południa do późnego wieczora i zatrzymaliśmy się w pewnej wsi, aby odpocząć. Dowódca mianował mnie na tłumacza i łącznika między oddziałami. (...) Spędziłem godzinę lub dwie w sztabie, gdzie przestudiowaliśmy mapę z innymi oficerami. Będąc tam, zrozumiałem, że naszym celem było zniszczyć całą wioskę wraz ze wszystkimi wieśniakami. Spytałem się, dlaczego tak surowy nieludzki wyrok? Odpowiedziano, że tak zadecydowała centrala. Nie możemy pozwolić, aby tak mocno uzbrojone wioski przerywały naszą partyzancką działalność. To będzie nauczka też i dla innych wsi, aby się zastanowiły, zanim spróbują nam się przeciwstawiać z pomocą nazistów. (...) Około czwartej znowu wyruszliśmy w drogę i dotarliśmy do miejsca przeznaczonego prawie o jedenastej w nocy. Każdy oddział otrzymał zadania w określonym miejscu. O północy wszycy byli na stanowiskach i czekali na sygnał, aby zaatakować Koniuchy. Niektóre oddziały miały rozkaz podpalić chaty, a inne miały odciąć drogę ucieczki. Dokładnie o północy podpalono wioskę i w ciągu kilku minut zaczęły wybuchać magazyny amunicji. Krowy, świnie i konie w stajniach i chlewach podniosły straszny rwetes. Kilka koni wyrwało się i wygalopowało jak szalone z płonącej wioski. W każdej chacie wybuchły tysiące niemieckich nabojów, straszliwe wycie palących się zwierząt, oraz wystrzeliwanie uciekających wieśniaków spowodowało taki zgiełk, że nie sposób było usłyszeć ludzkich krzyków czy nawoływań. Przez pierwszą godzinę stałem przy dowódcy i jego adiutantach na wzgórzu, oglądając to straszliwe piekło. W międzyczasie otrzymałem rozkaz, aby dotrzeć do mego oddziału i polecić mu, aby zajął nowe pozycje. Gdy dotarłem do swego oddziału, zobaczyłem, jak jeden z naszych ludzi trzymał głowę kobiety w średnim wieku na dużym kamieniu i uderzał ją innym kamieniem. Za każdym walnięciem krzyczał: to za moją zamordowaną matkę, a to za mego zabitego ojca, a to za mego uśmierconego brata, etc. Był to młody człowiek w wieku około 22 lat i byłem z nim przez cały czas w podziemiu. Był przyjacielskim i cichym człowiekiem. Nigdy nie spodziewałem się po nim, że zrobi coś takiego. Co spowodowało taką niespodziewaną zmianę? Nie zareagowałem na to, a poinformowałem Jacoba Prenera, jaką nową pozycję powinien zająć. Potem powróciłem do dowódcy. Gdy wróciłem, ten rozkazał, abym pobiegł do następnego oddziału, aby ten się przegrupował. (...) Gdy przechodziłem przez drogę, dostrzegłem mężczyznę uciekającego z wioski. Prawdopodobnie dostrzegł mnie i strzelił do mnie w biegu, ale nie trafił. Zrozumiawszy to, strzelił powtórnie. Ale w tym momencie byłem przygotowany i zanim mu się udało, ja wyciągnąłem swoją broń i strzeliłem, wystrzelając broń z jego ręki. Człowiek ten osunął się powoli i rozłożył się. Był martwy. (...) Gdy dotarłem do oddziału, aby przekazać nowe rozkazy, zobaczyłem straszny, przerażający obraz. (...) Na małej polance w lesie leżały półkolem ciała sześciu kobiet w różnym wieku i dwóch mężczyzn. Ciała były rozebrane i położone na plecach. Padało na nie światło księżyca. Jeden po drugim partyzanci strzelali trupom między nogi. Gdy kule dosięgały nerwów, trupy reagowały jak żywe. Drgały i wykrzywiały się przez kilka sekund. Trupy kobiet reagowały w bardziej gwałtowny sposób niż mężczyzn. Wszyscy partyzanci z tego oddziału brali udział w tej okrutnej zabawie, śmiejąc się w dzikim szaleństwie. Najpierw przestraszyłem się tym przedstawieniem, ale potem zaczęło mnie ono w chory sposób interesować. Stałem tak zafascynowany przez kilka minut, gdy dowódca oddziału podszedł do mie i zapytał, czy nie chciałbym przyłączyć się do tych eksperymentów. Dopiero wtedy przypomniałem sobie, dlaczego przybyłem tam, i powiedziałem mu, że jego ludzie muszą się bezzwłocznie przemieścić na nową pozycję. Im się nie spieszyło i dopiero jak trupy przestały reagować na kule, przemieścili się na nową pozycję. W tym czasie wioskę objęły wielkie płomienie, dalej było słychać głośne eksplozje i straszne wycie palących się zwierząt. W drodze powrotnej do sztabu zobaczyłem kilka ciał chłopów, których zastrzelono, gdy uciekali. Koń z ogonem i grzywą w ogniu pędził galopem, chyba starając się dotrzeć do jakiejś rzeki czy sadzawki, aby ból w wodzie ukoić. (...) Pamiętałem, że konie znają drogę, więc galopował, aby dotrzeć do wody. Miałem nadzieję, że mu się to uda. Około drugiej nad ranem wioska Koniuchy była całkowicie zniszczona, nie pozostała nawet jedna chałupa, wszystko ucichło. Wydawało się, że wszyscy mieszkańcy, łącznie z dziećmi, kobietami i mężczyznami spalili się, zastrzeleni przez własne pociski eksplodujące w ogniu albo wykończeni przez naszych ludzi, gdy starali się uciec z tego piekła. Może kilka koni uciekło i przeżyło, o ile dotarły do wody na czas. Być może, że kilku osobom udało się uciec i przeżyć tym czy innym sposobem. Wioska Koniuchy stała się tylko wspomnieniem pełnym popiołów i trupów. Dostała nauczkę. Dowódca zebrał wszystkie oddziały, podziękował im za ich dobrze spełnione zadanie, oraz rozkazał przygotować się do powrotu do bazy. Ludzie byli zmęczeni, ale z ich twarzy wyzierała satysfakcja i szczęście z wykonanego zadania. Tylko niewielu zdawało sobie sprawę, że popełniono straszliwy mord w ciągu godziny. Ci nieliczni wyglądali ponuro, smutno i mieli poczucie winy. (...) Dotarliśmy do bazy późno w nocy. Byłem zmęczony i zmordowany, a więc zasnąłem od razu, tak jak większość z naszego oddziału. Jak się dowiedzieliśmy, następnego dnia pozostałe oddziały zostały przywitane jak bohaterowie za zniszczenie Koniuchów. Pili, jedli i śpiewali całą noc. Sprawiło im przyjemność zabijanie i niszczenie, a najbardziej picie. Trzy tygodnie później otrzymaliśmy wiadomość od Sztabu Partyzanckiego w Moskwie z reprymendą dla ludzi, którzy zainicjowali i kierowali zniszczeniem wsi Koniuchy". O żadnym potępieniu tej akcji przez komendę partyzancką w Moskwie lub ukaraniu jej sprawców historykom nic nie wiadomo. Kolejni "partyzanci" wspominają o mordzie dość zwięźle - mimochodem - jak w przypadku Israela Weissa: "Jednakże na zdobywanie prowizji składało się więcej niż tylko przekonanie niechętnych chłopów. Stoi mi wyjątkowo jasno przed oczyma jedna taka akcja. Oddział w sile kompanii pod dowództwem Szlomo Branda wyruszył o zmroku tego zimowego dnia, aby zaopatrzyć się w prowizje w 'bogatej' wiosce niedaleko miasteczka Ejszyszki. Do celu dotarliśmy około północy. Wystawiliśmy czujki po obu stronach wioski, a ja wraz ze swymi ludźmi wszedłem do pierwszego gospodarstwa. (...) Pracowaliśmy jak w gorączce przez całą noc, zbierając jedzenie i byliśmy gotowi do odwrotu, gdy zaświtał ranek. Szlomo i 20 jego ludzi zostało z tyłu, aby osłaniać nasz odwrót. My odjechaliśmy na saniach. (...) W żadnym wypadku nie był to jakiś wyjątek. (...) Udało nam się wymusić duże ilości broni i amunicji od wiosek, które kolaborowały z Niemcami i były przez nich uzbrojone. Przedsięwzięto karne kroki wobec kolaborantów, a jedną z wiosek, która była notoryczna w swej wrogości do Żydów, została całkowicie spalona". Ponadto swój udział w akcji likwidacji wsi Koniuchy potwierdza Zalman Wyłożny z oddziału "Śmierć faszystom". Powiada, że "cała wieś została puszczona z dymem, a mieszkańcy wymordowani". Podobnych relacji jest jeszcze chyba z garść. Najbardziej lakoniczną wzmiankę o zbrodni znajdziemy w "Dzienniku Operacyjnym Żydowskiego Oddziału Partyzanckiego w Puszczy Rudnickiej". Podano tam, że napad miał miejsce w styczniu 1944 r. (bez dokładnej daty) i wzięło w nim udział 30 partyzantów z oddziałów Jacoba Prennera - "Śmierć faszystom" i Shmuela Kaplinsky'ego - "Ku zwycięstwu" Brygady Litewskiej. Polski historyk Kazimierz Krajewski zwięźle i dosadnie opisał całe wydarzenie w sposób następujący: "Jedyną 'winą' mieszkańców Koniuch było to, że mieli już dosyć codziennych - a właściwie conocnych - rabunków oraz gwałtów i chcieli zorganizować samoobronę. Bolszewicy z Puszczy Rudnickiej postanowili zrównać wieś z ziemią, tak by zastraszyć ludność innych wiosek. (...) Wymordowanie mieszkańców wsi Koniuchy (wraz z kobietami i dziećmi) opisane zostało przez Chaima Lazara jako wybitna 'operacja bojowa', z której jest on autentycznie dumny. Opis 'ufortyfikowania' wsi jest kompletną bzdurą. Była to normalna wioska, w której część mężczyzn zorganizowała samoobronę. Ich uzbrojenie stanowiło parę zardzewiałych karabinów". Liczba ofiar śmiertelnych sięga co najmniej 40 osób. Od maja 2004 r. na ufundowanym przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa krzyżu-pomniku w Koniuchach widnieją nazwiska 38 osób, które 29 stycznia 1944 roku zginęły w Koniuchach. Są to: Bandalewicz Stanisław, ok. 45 lat Bandalewicz Józef, 54 lata Bandalewiczowa Stefania, ok. 48 lat Bandalewicz Mieczysław, 9 lat Bandalewicz Zygmunt, 8 lat Bobin Antoni, ok. 20 lat Bobinowa Wiktoria, ok. 45 lat Bobin Józef, ok. 50 lat Bobin Marian, 16 lat Bobinówna Jadwiga, ok. 10 lat Bogdan Edward, ok. 35 lat Jankowska Stanisława Jankowski Stanisław Łaszakiewicz Józefa Łaszakiewiczówna Genowefa Łaszakiewiczówna Janina Łaszakiewiczówna Anna Marcinkiewicz Wincenty, ok. 63 lat Marcinkiewiczowa N. (sparaliżowana, spaliła się) Molis Stanisław, ok. 30 lat Molisowa N., ok. 30 lat Molisówna N., ok. 1,5 roku Pilżys Kazimierz Pilżysowa N. Pilżysówna Gienia Pilżysówna Teresa Parwicka Urszula, ok. 50 lat Parwicki Józef, lat 25 Rouba Michał Tubin Iwanka, ok. 45 lat Tubin Jan, ok. 30 lat Tubinówna Marysia, ok. 4 lat Wojsznis Ignacy, ok. 35 lat Wojtkiewicz Zofia, ok. 40 lat Woronisowa Anna, 40 lat Woronis Marian, 15 lat Woronisówna Walentyna, 20 lat Ściepura N. - krawiec z miejscowości Mikonty. Według innych, wciąż trudnych do zweryfikowania danych, w wyniku tej bestialskiej zbrodni zginęło na miejscu 45 osób, a z 12 rannych część zmarła później w szpitalu w Bieniakoniach. Natomiast moralnie partyzanci żydowscy są odpowiedzialni za niedoszłą zagładę całej ludności wsi Koniuchy. Ofiar wśród sprawców, jak oznajmia raport komendy partyzanckiej (autorstwa Genricha Zimana), nie było, z tej prostej przyczyny, że nie było walki - była tylko rzeź bezbronnej cywilnej ludności. W mordzie wzięło udział nie tylko ok. 50 żydowskich partyzantów z Brygady Litewskiej, ale także wielu żydowskich członków Brygady Kowieńskiej oraz innych oddziałów. Całością akcji dowodził Żyd Genrich (lub Henoch) Ziman "Jurgis" (po litewsku: Genrikas Zimanas). Po wojnie został on odznaczony przez władze PRL Orderem Virtuti Militari. Odznaczenia tego nigdy nie cofnięto. Dowódca żydowskich oddziałów w Puszczy Rudnickiej Abba Kovner uważany jest za jednego z największych bohaterów żydowskiego ruchu oporu. W 1997 r. otrzymał "Medal of Resistance" od United States Holocaust Memorial Museum. W 2001 r. jego żona Vitka Kempner Kovner otrzymała nagrodę specjalną "Certificate of Honor" za bohaterstwo i czyny waleczne. Podczas uroczystej ceremonii, która miała miejsce w Izraelu, Vitka Kovner podkreśliła, że Żydzi, którzy walczyli w Puszczy Rudnickiej, uważali się za partyzantów żydowskich, a nie sowieckich: "Jestem dumna z tego, że dane mi było walczyć jako Żydówce, członkini żydowskiego oddziału bojowego, pod rozkazami żydowskich dowódców, w którym mówiło się i wydawało rozkazy w jidisz". Spóźniona reakcja środowiska żydowskiego 8 sierpnia 2003 r. nowojorski tygodnik "Forward" (wychodzi od 1897 r.) z troską w głosie napisał o śledztwie, jakie w sprawie masakry ludności wsi Koniuchy prowadzi na wniosek KPK polski IPN. Artykuł ten wnikliwie skomentował redaktor torontońskiego tygodnika "Goniec": "'Forward', piórem Marca Perelmana niepokoi się, że próba dochodzenia prawdy o tym, co stało się w Koniuchach i wskazania winnych mordu, jest 'motywowana politycznie'. Perelman cytuje jednego z żydowskich partyzantów sowieckich [z Brygady Kowieńskiej], Dova Levina, dziś profesora historii Uniwersytetu Hebrajskiego [w Jerozolimie]: 'Kongresowi Polonii Kanadyjskiej jest wygodnie zajmować się tą sprawą, zamiast wyjaśniać pogromy, jakich Polacy dopuszczali się na Żydach podczas i po wojnie' ... Zatem, można tylko 'w jedną stronę', w drugą 'nie nada'. Zarzuca się też stronie polskiej zawyżenie liczby ofiar, co jest o tyle śmieszne, że liczbę tę zawyżają sami ówcześni sprawcy, chełpiąc się we wspomnieniach 'sprawnie przeprowadzoną akcją'. Z tekstu 'Forwarda' wynika, że samo wskazanie na żydowskie pochodzenie sprawców mordu zakrawa na antysemityzm, tymczasem - znów o ironio - to właśnie sami Żydzi chwalą się 'zasługami'. Okazuje się też, że wymordowani mieszkańcy wioski mieli... 'pronazistowskie nastawienie'. W czym jest problem? A w tym, że wskazanie na mord w Koniuchach (jeden z wielu dokonanych przez bandy) podważa rozpropagowany mit przebiegu II wojny światowej. W mitologii tej Polakom przypisano rolę współsprawców, zaś Żydzi wpisali się w rolę ofiar. Gdy role te się odwracały - nadworni historycy mają problem. Problem, który najłatwiej po prostu zakrzyczeć słowami: 'antysemici, szowiniści, faszyści!'". W Polsce mord w Koniuchach systematycznie przemilcza moralizatorskie zazwyczaj środowisko "Gazety Wyborczej". Czyżby z obawy przed spodziewanym wybuchem oburzeń oraz inwektyw płynących właśnie z tego środowiska, które ostatnio jest nastawione coraz bardziej nacjonalistycznie i wojowniczo (vide debata wokół książki "Strach"), śledztwo w IPN toczy się tak opieszale? Ale w tym przypadku chodzi przecież wyłącznie o ustalenie prawdy! Jest mało prawdopodobne, że sprawcy (choć niektórzy z nich wciąż jeszcze żyją) kiedykolwiek staną przed sądem lub zostaną potępieni przez własne środowisko.
Hanna Sokolska rzecznik prasowy Kongresu Polonii Kanadyjskiej - Okręg TorontoObszerną dokumentację na temat zbrodni w Koniuchach (w formacie pdf) znaleźć można w internecie na portalu: http://www.glaukopis.pl/pdf/czytelnia/The MassacreAtKoniuchy_MarkPaul.pdf

Saturday, January 26, 2008

story of the war-time arrival in Iran of hundreds of thousands of Poles



The documentary, filmed in 1985 by distinguished Iranian film maker Khosrow Sinaii, tells the story of the war-time arrival in Iran of hundreds of thousands of Poles released from the Soviet labour camps of Siberia. Ships crammed with emaciated men, women and children arrived at the Caspian port of Anzali almost every day during the months of April and August 1942. Their condition was desperate. Thousands died from malnutrition and typhus on arrival. The healthy young men travelled on to Syria and Lebanon to join the allied forces there. The remainder (mostly women and children) remained in Iranian refugee camps for a further three years, their lives totally transformed in the process. Their reminiscences, as well as the many graves left behind in Tehran, Anzali and Ahvaz, bear testimony to a chapter of Iranian history almost erased from public memory.

Abdol Rahimi filmed the arrival of the exiles in Anzali with his camera. His photographs are the most complete visual record of the event that exists.
"They were in bad shape”, he recounts in the documentary, “thin, ill and in rags. A friend of mine, a carpenter, used to make boxes [coffins] for them. About 50 were dying every day."

The events made such an impression on him, that even on his deathbed, he was still recounting to his friends the pitiful state of the refugees. Abdol Rahimi's heroic efforts to document the arrival of the Poles have never been publicly recognized or published

The Documentary “Lost Elegy”, is a priceless Iranian (as well as Polish) historical resource. At present it is gathering dust in the archives of the IRIB (Islamic Republic of Iran Broadcasting) in Tehran. Its condition is deteriorating rapidly. The film’s director Khosrow Sinaii warned that if nothing was done to restore it the documentary would soon be irretrievably lost to posterity. To date, all requests for prompt action have been met with silence by the film’s producers (IRIB).

Khosrow Sinaii was born in Sari in 1940. He studied film directing and screenwriting at the Academy of the Dramatic Arts in Vienna and music theory at the Vienna Conservatoire. He is famous for his documentaries "In the Alleys of Love", “The Inner Monster”, and “Bride of Fire”. He is married to the Hungarian visual artist Gizella Varga Sinai.

Voytek, The Iranian Soldier-Bear


The Iranian Soldier-Bear of Monte Cassino
By: Ryszard Antolak, August 2005


After the Battle of Monte Cassino, one of the fiercest and bloodiest conflicts of the Second World War, many accounts emerged of the bravery and heroism of the soldiers. But perhaps the strangest story of all was of an Iranian brown bear who served alongside the allied soldiers in the worst heat of the battle. Despite the incessant bombardment and constant gunfire, the bear carried vital supplies of ammunition and food to his fellow-soldiers fighting on the mountainside. Many observers who witnessed his remarkable actions doubted the reality of what they were seeing. But the story was no legend.


Voytek, The Iranian Soldier-Bear
At the time of his death in 1964, he was the most famous bear in the world, visited by countless celebrities and adored by the international press. Books and articles were written about him, statues and plaques commemorated his actions. To the men of the 22nd Transport Company (Artillery Supply) however, he was merely Voytek a remarkable fellow soldier, and their beloved comrade.

He was born in the mountains of Hamadan, in one of the many caves to be found in that dusty mountainous area. At the age of eight weeks his mother was killed by a group of hunters, but he was rescued by a young Iranian boy who thrust him into a hempen sack and set off with him homeward along a narrow dusty path.

Iran at that time was going through one of the unhappier periods of her history. Occupied by the Russians and the British, her relations with the soldiers of those two countries were understandably tense and strained. In April 1942, however, Iran opened its arms to receive hundreds of thousands of Polish citizens (men, women and children) who had been released from the Soviet labour camps of Siberia and Kazakhstan. Having arrived at the port of Pahlevi (now Bandar-e Anzali), they were suffering from various diseases, including malnutrition, and had to be rested in the vast tented city hastily built for them on the shores of the Caspian. When they were well enough to travel, however, they were taken to more substantial military and civilian resettlement camps all over Iran.

Most of the civilians (women and children) were destined to remain as guests of Iran for up to three years. But the able-bodied men were almost immediately sent westwards to join the Polish forces in Lebanon. A long stream of covered trucks left Anzali daily carrying the future soldiers along the narrow twisted roads via Qazvin, Hamadan and Kermanshah to the borders of Iraq and beyond.

It was on one of the narrow mountain roads somewhere between Hamadan and Kangavar, that the trucks were brought to an abrupt halt by the sight of a small Iranian boy carrying a bulky sack. He looked tired and hungry, so the men offered him a billy-can of meat. And as he ate, they gasped in astonishment as the sack beside him began to move and the head of a honey-coloured bear cub emerged sleepily into the sunlight.

Although none of the men could understand Farsi, the boy was able to indicate by his actions that he had found the bear cub whimpering outside one of the caves, its mother having been shot by a hunter. The orphaned cub was in poor condition and it was almost certain he would not survive the day. One of the men, therefore, offered to buy the orphaned cub for a few toumans. Someone else fumbled for a bar of chocolate and a tin of corned beef to give him. Another took from his pocket an army penknife that opened up like a flower. The boy smiled, pocketed the offerings and disappeared forever from their lives.

A feeding bottle had to be hastily improvised from an empty bottle of vodka into which a handkerchief had been stuffed to serve as a teat. They filled it with condensed milk, diluted it with a little water, and gave it to the little bear to drink. When he had finished it, he crept up close to one of the soldiers for warmth and fell asleep on his chest. The soldier s name was Piotr (Peter) and he became forever afterward, the bear s closest and most enduring friend.

The cub clung desperately to his substitute mother all through the tortured journey across Persia, Iraq and Jordan, along vast distances that seemed to loose heart and succumb to the despair of barrenness. Sometimes the man would lock the bear in the warmth of his greatcoat so that it became part of him. In the evenings, as he sat with the other men around the fire telling tales late into the night, the bear cub would be rocked to sleep in the sound of his immense laughter. In time, the orphan lost himself in the lives of these strangers and entangled himself completely in the rhythms and cadences of their speech. From that time onwards he became wholly theirs: body, will and soul.


Voytek, The Iranian Soldier-Bear
with a soldier of 22nd Transport Division (Artillery Supply) of the Polish
2nd Army Corps
In this way, Voytek the Iranian brown bear from Hamadan entered the lives of the soldiers of the Second Polish Army Corps, transforming all their destinies.

In the months that followed, he won over the hearts of all who met him. The soldiers, who had all endured the horrors and hardships of Siberia, needed something in their lives to love, and the presence of Voytek was a wonderful tonic for their morale. Despite his brute strength, which grew day by day, he was always an amiable and a gentle giant. The soldiers treated him from the start as one of their own company and never as a pet. They shared their food with him, allowed him to sleep in their tents at night and included him in all their activities. If the unit was ordered to march out, he would march with them on two legs like a soldier. When they were being transported to some distant location, he would ride in the front seat of the jeeps (or transport wagons) to the great amazement of passers-by. More than anything, however, he loved to wrestle with the soldiers, taking on three or four of them at a time. Sometimes he was even gracious enough to allow them the courtesy of winning. Over the next few years, he shared all their fortunes, and went with them wherever they were posted throughout the Middle East. He grew to be almost six feet tall and weighed 500 pounds.

In early 1944, the men of Voytek s unit were ordered embark for Italy to join the Allied advance on Rome. The British authorities gave strict instructions that no animals were to accompany them. The Poles therefore enrolled Voytek into the army as a rank-and-file member of their company and duly waved the relevant papers in front of the British officers on the dockside at Alexandria. Faced with such impeccable credentials, the British shrugged their shoulders and waved the bear aboard. In this way, Voytek the Iranian bear became an enlisted soldier in the 22nd Transport Division (Artillery Supply) of the Polish 2nd Army Corps.

Monte Cassino was the strategic key to the allied advance on Rome. Three bloody attempts by the British, Americans, Indians, French and New Zealanders to dislodge the enemy from the famous hill-top monastery had failed. In April 1944, the Polish forces were sent in. It was one of the bloodiest battles of the war. Much of the fighting was at close quarters. The shelling, which continued night and day without interval, scarred and cratered the landscape until it resembled the pock-marked surface of the moon.


The symbol of the 22nd Transport Division (Artillery Supply) of the Polish 2nd Army Corps
During the most crucial phase of the battle, when pockets of men were cut off on the mountainside desperately in need of supplies, Voytek, who all this time had been watching his comrades frantically loading heavy boxes of ammunition, came over to the trucks, stood on his hind legs in front of the supervising officer and stretched out his paws toward him. It was as if he was saying: I can do this. Let me help you . The officer handed the animal the heavy box and watched in wonder as Voytek loaded it effortlessly onto the truck. Backwards and forwards he continued, time and time again, carrying heavy shells, artillery boxes and food sacks from truck to truck, from one waiting man to another, effortlessly. The deafening noise of the explosions and gunfire did not seem to worry him. Each artillery box held four 23 lbs live shells; some even weighed more than a hundred. He never dropped a single one. And still he went on repeatedly, all day and every day until the monastery was finally taken. One of the soldiers happened to sketch a picture of Voytek carrying a large artillery shell in his arms, and this image became the symbol of the 22nd artillery transport, worn proudly on the sleeves of their uniforms ever afterwards and emblazoned on all the unit s vehicles.

Now famous, he completed his tour of duty in Italy and when the war was over, he sailed the Polish Army to exile in Scotland. Here, once again, he found himself a celebrity. In Glasgow, people lined the streets in their thousands to catch sight of the famous soldier-bear marching upright in step with his comrades.

Voytek s last days, however, were steeped in sadness. In 1947, the Polish army in Scotland was demobilized and a home had to be found for him to live out his retirement.

Although he was world-famous, the bear of Monte Cassino was forced to spent his last years behind bars in Edinburgh s Zoological gardens. Artists came to sketch him and sculptors to make statues of him. Sometimes his old army friends arrived to visit him, leaping over the barriers to wrestle and play with him in the bear enclosure (to the utter horror of all the visitors and zoo officials). But he did not take well to captivity, and as the years passed, he increasingly preferred to stay indoors, refusing to meet anyone.

I was lucky enough to see him just before his death in 1963. He was sitting at the back of his large enclosure, silent and immobile. It was said that he was sulking, angry at being abandoned by those he had loved. Others said he was merely showing the symptoms of old age. None of the shouts from his assembled visitors seemed to catch his attention. But when I called out to him in Polish, something seemed to stir in him at last, and he turned his head towards me as if in recognition.

He died in Edinburgh at the age of 22 on 15th November 1963. A plaque was erected in his memory by the zoo authorities. Statues of him were placed in the Imperial War Museum in London and in the Canadian War Museum in Ottawa. But although he had entered the pages of military history, the Iranian soldier-bear of Monte Cassino would have preferred to remain in the company of the soldiers with whom he had shared five years of war and countless memories of devoted companionship.

'Soldier Bear' was adopted in the Middle East by Polish troops in 1943 - IRAN

'Soldier Bear' was adopted in the Middle East by Polish troops in 1943 - IRAN




'Soldier Bear' was adopted in the Middle East by Polish troops in 1943 - IRAN




Honour sought for 'Soldier Bear' was adopted in the Middle East by Polish troops in 1943 - IRAN
Voytek was billeted in the Borders (Imperial War Museum)
Archive footage
A campaign has been launched to build a permanent memorial to a bear which spent much of its life in Scotland - after fighting in World War II.
The bear - named Voytek - was adopted in the Middle East by Polish troops in 1943, becoming much more than a mascot.

The large animal even helped their armed forces to carry ammunition at the Battle of Monte Cassino.

Voytek - known as the Soldier Bear - later lived near Hutton in the Borders and ended his days at Edinburgh Zoo.

He was found wandering in the hills of Iran by Polish soldiers in 1943.


He liked a cigarette, he liked a bottle of beer - he drank a bottle of beer like any man
Augustyn Karolewski

They adopted him and as he grew he was trained to carry heavy mortar rounds.

When Polish forces were deployed to Europe the only way to take the bear with them was to "enlist" him.

So he was given a name, rank and number and took part in the Italian campaign.

He saw action at Monte Cassino before being billeted - along with about 3,000 other Polish troops - at the army camp in the Scottish Borders.

The soldiers who were stationed with him say that he was easy to get along with.

"He was just like a dog - nobody was scared of him," said Polish veteran Augustyn Karolewski, who still lives near the site of the camp.


"He liked a cigarette, he liked a bottle of beer - he drank a bottle of beer like any man."

When the troops were demobilised, Voytek spent his last days at Edinburgh Zoo.

Mr Karolewski went back to see him on a couple of occasions and found he still responded to the Polish language.

"I went to Edinburgh Zoo once or twice when Voytek was there," he said.

"And as soon as I mentioned his name he would sit on his backside and shake his head wanting a cigarette.

"It wasn't easy to throw a cigarette to him - all the attempts I made until he eventually got one."

Voytek was a major attraction at the zoo until his death in 1963.

Eyemouth High School teacher Garry Paulin is now writing a new book, telling the bear's remarkable story.

'Totally amazing'

Local campaigner Aileen Orr would like to see a memorial created at Holyrood to the bear she says was part of both the community and the area's history.

She first heard about Voytek as a child from her grandfather, who served with the King's Own Scottish Borderers.

"I thought he had made it up to be quite honest but it was only when I got married and came here that I knew in fact he was here, Voytek was here," she said.

"When I heard from the community that so few people knew about him I began to actually research the facts.

"It is just amazing, the story is totally amazing."


Story from BBC NEWS:
http://news.bbc.co.uk/go/pr/fr/-/2/hi/uk_news/scotland/south_of_scotland/7208505.stm

Published: 2008/01/25 11:21:26 GMT
17:29 گرينويچ - شنبه 26 ژانويه 2008 - 06 بهمن 1386


خرس ایرانی، سرباز ارتش لهستان
در دوران جنگ جهانی دوم بیشتر از 3000 سرباز لهستانی نزدیک شهر هاتن در کنار مرز اسکاتلند مستقر بودند که در میان این سربازها یکی شان بیشتر مورد توجه قرار داشت، او "وویچک"، خرس ایرانی بود.

این خرس در جنگ های مختلف در اروپا و خاورمیانه همراه دیگر سربازان شرکت داشت.

این خرس را سربازان لهستانی در سال 1943 در کوه دره های ایران یافته و برای حمل خمپاره های سنگین آموزش داده بودند.

وقتی نیروهای مسلح لهستانی برای جنگ در اروپا مستقر شدند، تنها راهی که می توانستد وویچک را با خود به اروپا ببرند این بود که رسماً این خرس را برای خدمت در ارتش ثبت نام کنند.

بنابراین، به او نام و درجه و نمره مخصوص ارتشی دادند و بعد او را سوار کشتی و روانه ایتالیا کردند.

پس از شرکت در نبرد موته کازینو در ایتالیا به او نشان افتخار (سربازی) لهستان دادند.

اگوستین کارولوفسکی، کهنه سرباز لهستانی که در زمان جنگ جهانی دوم همراه با وویچک در پایگاهی نظامی نزدیک مرز اسکاتلند مستقر بوده، خاطرات خوبی از او دارد.

یکی از آن خاطرات این است که کسی از وويچک واهمه نداشت، او خیلی با سربازان براحتی انس می گرفت، حتی وویچک گاه گداری با سربازان آبجو می نوشید و سیگار هم می کشید.

بعد از پایان جنگ، وویچک را به باغ وحش شهر ادینبورگ، پایتخت اسکاتلند منتقل کردند و او تا هنگام مرگش در سال 1963، مورد توجه بازدیدکنندگان از باغ وحش بود.

The hero bear who went to war (and loved a smoke and a beer)
By BETH HALE - More by this author »

Last updated at 22:23pm on 25th January 2008

Comments

Like any soldier, he loved to relax with a cigarette and a bottle of beer when out of the firing line.

But in the heat of battle, he became an inspiring figure - bravely passing ammunition along to supply the guns.

All the men in the Second Polish Transport Company agreed that the recruit they called Voytek was the perfect comrade.

Scroll down for more ...


Voytek in the zoo: He soldiered on there until 1963

As for Voytek, he was just happy to be part of the unit... ever ready to lend a helping paw.

The 250lb brown bear, standing more than 6ft tall, was possibly the most remarkable combatant of the Second World War, seeing action amid the hell of Monte Cassino in Italy.

After the war, he and his fellow troops were billeted in Scotland and he lived out his days in Edinburgh Zoo, dying in 1963.

Now a campaign is under way to build a permanent memorial to the remarkable animal who fought so valiantly for the Allied forces.

Voytek was just a tiny bundle of fur when he was discovered wandering in the hills of Iran by the Poles when they were driving towards Palestine in 1943.

Having lost his mother, he attached himself to the men, who fed him on condensed milk and gave him an old washing up bowl to sleep in.

Voytek soon took on many human characteristics, crying when left alone and covering his eyes with his paws if chastised.

As he grew, he became a key member of the unit, being trained to carry mortar shells.

In the heat of summer, he reportedly learned to work the shower of the unit's bath hut.

On one occasion, Voytek was delighted to find the door ajar - and discovered an Arab who was spying for a raiding party.

The intruder confessed all, and the enemy were rounded up. Hailed a hero, Voytek was given two bottles of beer and allowed to spend all morning splashing happily in the bath hut.

When the Poles were deployed to Italy in 1944 to supply Allied troops with desperately-needed food and ammunition, the only way to take their furry friend with them was to officially enlist him - so he was given a name, rank and number.

As the bitter battle for the monastery of Monte Cassino was fought, the bear travelled in the munitions trucks, his head hanging out of the window, ignoring almost constant shellfire.

Cradling 25lb shells or boxes of ammunition in his arms, he would effortlessly pass them down the line. Off-duty, he loved a bottle of beer, a cigarette and to wrestle with the men - in between raids on the cookhouse.

At the end of the war, the transport company was stationed in the village of Hutton, Berwickshire, where Voytek became a local legend.

"He was like a big dog, no one was scared of him," said Polish veteran Augustyn Karolewski, 82, who still lives near the site of the camp.

"He liked a cigarette, he liked a bottle of beer - he drank a bottle of beer like any man." When the troops were demobilised, Voytek moved to Edinburgh Zoo.

Mr Karolewski went to see him and found he still responded to the Polish language.

"As soon as I mentioned his name, he would sit on his backside and shake his head, wanting a cigarette.

"It wasn't easy to throw a cigarette to him - I made several attempts until he got one."

Teacher Garry Paulin has written a book, Voytek - The Soldier Bear, which will be published next month.

Aileen Orr, who lives in Hutton, is campaigning for a memorial. "The story is totally amazing and it would be good if we could have some memorial in Scotland, perhaps at Holyrood, to celebrate the bear's life," she said.


And like any other combatant, he is even said to have had an official name, rank and number.

Now a campaign is underway to build a permanent British memorial to the remarkable bear who fought so valiantly for the Allied forces and lived out his final days in Edinburgh Zoo.

Voytek was just a tiny bundle of fur when he was discovered wandering in the hills of Iran by the Second Polish Transport Company when they were driving through Persia towards Palestine in 1943.

Having lost his mother, he immediately attached himself to the men who fed him on condensed milk and gave him an old washing-up bowl to sleep in.


Voytek was found by soldiers when he was just a cub but he soon became attached to the troops

Voytek soon took on many human characteristics, including crying like a baby whenever his master left him and covering his eyes with his great paws when he was chastised.

Little wonder that the troops adopted him, and soon found he could be a useful addition. As he grew he was trained to carry heavy mortar rounds.

Story has it that in the heat of summer he learned to work the shower, and used it so often that the Nissen hut had to be locked to prevent him exhausting the water supply.

On one occasion, Voytek was delighted to find the door ajar. Entering the bear discovered a cowering Arab who had come to spy out the lie of the land for a raiding party, intending to steal all the weapons and ammunition.

The spy confessed all, the raiding party were rounded up, and Voytek became a hero. He was given two bottles of beer and allowed to spend all morning splashing happily in the bath hut.



Voytek the 'soldier bear' was a secret weapon used by the Polish troops in World War II
When Polish forces were deployed to Europe the only way to take the bear with them was to enlist him.
He was given a name, rank and number and when the Polish II Corps arrived in Italy in 1944 to supply their own and British frontline soldiers with desperately needed ammunition and food, Voytek was their secret weapon.

Despite almost constant heavy fire, Voytek travelled in the munitions trucks, his head hanging out of the window.

He helped the supply side by cradling 25lb shells or boxes of ammunition in his arms and passing them down the line.

Off-duty, he loved nothing more than a bottle of beer, a cigarette and to wrestle with the men - in between raids on the cookhouse.

By the end of the war, Voytek had become a symbol of ursine courage, but his country was under Soviet domination, so he travelled with other Polish troops to Scotland and the Berwickshire village of Hutton.

Soldiers who were stationed with him say that he was easy to get along with.

Polish veteran Augustyn Karolewski, 82, who still lives near the site of the camp in Berwickshire, said: 'He was like a big dog, no-one was scared of him.

"He liked a cigarette, he liked a bottle of beer - he drank a bottle of beer like any man."

When the troops were demobilised, Voytek spent his last days at Edinburgh Zoo, where died in 1963.

Mr Karolewski went back to see him on a couple of occasions and found he still responded to the Polish language.

He explained: "I went to Edinburgh Zoo once or twice when Voytek was there.

"As soon as I mentioned his name he would sit on his backside and shake his head wanting a cigarette. "It wasn't easy to throw a cigarette to him - all the attempts I made until he eventually got one."

Teacher Garry Paulin has written a book Voytek -The Soldier Bear, which will be published next month. Campaigner Aileen Orr, who lives in the village of Hutton, said she first heard about Voytek as a child from her grandfather who served with the King's Own Scottish Borderers.

She said: "I thought he had made it up to be quite honest but it was only when I got married and came here that I knew in fact he was here, Voytek was here.

"It is just amazing, the story is totally amazing and it would be good if we could have some memorial in Scotland, perhaps at Holyrood, to celebrate the bear's life."